Oczywiście obchodzę dzień dziecka i będę Go obchodzić tak długo, jak długo będą żyli moi rodzice, gdyż do końca ich dni pozostanę “małym dzieckiem”. I tak też się czuję, jak małe dziecko w tym wielkim, zwariowanym, zakłamanym świecie. Póki co jednak potrafię o siebie zadbać i jakoś się odnaleźć w tym zgiełku i natłoku fałszywych twarzy.
Ktoś zapyta o prezenty. Pomyślicie, że zwariowałam, ale najpiękniejszym i najbardziej zadowalającym jest ogromny siniak na lewej stopie, jaki zafundował mi nikt inny, jak Kubuś 🙂 Boli jak diabli, buta ledwo założyłam, smaruję teraz jakimiś maściami, które śmierdzą nieprzeciętnie i czekam do jutra. Ciekawa jestem, jak duży mi się ten siniak wyhoduje.
Ku sprostowaniu, kilka słów. Nie-Kuba nie jest damskim bokserem. Nie-to nie było umyślnie. Nie-nie boję się przebywać w Jego towarzystwie. Ot, zachciało mu się “bitew” dzisiaj no i mi nabił siniaka.
Tyle tylko, że im bardziej boli, tym bardziej wiem, że mnie kocha. Wiem też, jak to może odebrać osoba czytająca. Albo jestem wariatką, albo nasz związek jest jakiś pomylony. Ale nie. Po prostu, faceci nie mówią wprost o swoich uczuciach, oni to okazują. Kuba “wypracował” sobie taką metodę 🙂 No dobrze. Może dzisiaj troszkę przesadził. Jedynie prosiłabym Go by mierzył swoje siły, na moje delikatne ciało, a cała reszta jest cudowna.
Pisałam, że ten siniak to najwspanialszy prezent, ponieważ zaliczyliśmy dwudniowy maraton kłótni. Byłam pewna, że dzisiaj się nawet do mnie nie odezwie i że się nie zobaczymy, a tu taka niespodzianka 🙂
Jak na mój gust, drugi powód do kłótni był na tyle głupi, że niepotrzebny. Wiem, obietnica i bynajmniej nie miałam zamiaru jej łamać… Obiecałam Kubie, że nie bd rozmawiać z takim jednym chłopakiem T. Wszystko się jakoś przez Niego sypało, więc stwierdziłam, że nie będę z nim gadać, bo nie jest mi on w ogóle do szczęścia potrzebny. Napisałam mu więc, że nie chcę by więcej do mnie pisał, etc i tyle. Nie wiem, czy to ja niezbyt jasno mu powiedziałam, czy on jest na tyle tępy, że nie dotarło. Gdyby mi ktoś powiedział, że nie chce ze mną rozmawiać to nie, po rozmowie. On wytrzymał miesiąc i napisał. Od razu z wielkimi pretensjami, jak ja go to nie potraktowałam, że się nim bawiłam przed te 2, czy tam 3 lata co się znaliśmy, że go wykorzystałam i do widzenia. Tyle tylko, że jak się “rozstawaliśmy” to mu wszystko wyjaśniłam. I od roku wyjaśniałam mu, kto jest dla mnie najważniejszy i że on może jedynie liczyć na koleżeństwo. Miałam Go za inteligentnego człowieka, więc sądziłam, że w końcu dotrze.
Na początku, jak się poznaliśmy wszystko z pozoru było w porządku. Szło się dogadać, spotkać, wyżalić, pożartować, ale potem zaczęły się schody. Nie wiem, czy to przez to, że koleżeństwo przestało mu wystarczać, czy po prostu pokazał prawdziwe “ja”. Cały świat stał się zły, nic mu nie odpowiadało, a najbardziej bolał go brak miłości. Nie dostrzegał naprawdę wielkich zalet swojego życia i tego, że żyje w luksusie. Kiedy poznałam Kubę, T. już był inny, marudny, nie do poznania. Dlatego tak ciężko mu zrozumieć, dlaczego wciąż usilnie próbuję coś T. wytłumaczyć. Wszystko przez moją naiwność i sądzę zbyt miękkie serce. Ciągle daję ludziom szansę, ciągle w nich wierzę, bo wiem, że sama nie jestem święta i potrzebuję wielu szans. Ale granice mojej wiary, wyrozumiałości i cierpliwości też się gdzieś kończą. Ponad wszystko nie lubię w ludziach zbędnego marudzenia, zwłaszcza gdy marudzą Ci, którzy wręcz nie powinni! Wystarczą mi też dwie kłótnie z Kubą o Niego.
Nie miałam zamiaru z Nim gadać, nie miałam zamiaru mu odpisywać. Ale jak T. napisał do mnie w wielkim żalu, wkurzyłam się. Znowu mu coś nie pasuje, znowu ma do mnie żal. Po raz ostatni chciałam mu wytłumaczyć, co i jak i nawiązała się dłuższa rozmowa. Chciałam Kubie powiedzieć, ale zapomniałam. Zobaczył sam i wtedy żałowałam, że w ogóle odpisałam T.
Teraz wiem, że jeszcze kiedyś napisze. I wiem już jak ta rozmowa się potoczy. Mam zamiar go uświadomić, co do czystości intencji mojej byłej przyjaciółki. Jakoś strasznie po naszym “rozstaniu” zakolegowała się z T. Wielka psiapsiółka teraz. Zapomniała jednak, co na Niego opowiadała, jak to jeszcze T. się nie interesował nią, tylko mną… Ktoś powie, że chcę się zemścić. Nie. Po prostu chcę Go uświadomić. Po czym skończę to raz na zawsze, bo jestem zmęczona ciągłymi problemami, których i tak się nie da rozwiązać.
Nic już Kubie nie obiecuję, bo wiem że nie uwierzy. Chcę mu po prostu udowodnić, bez słów, że nie kłamię, że wiem czego/kogo chcę 🙂
Wracając do prezentów na dzień dziecka. Jazda! Znaczy się taka Lką 🙂 Moja pierwsza jazda. Z duszą na ramieniu poszłam na plac manewrowy i z niecierpliwością czekałam na instruktora. W końcu się pojawiłam. Na początku lekkie przynudzanie, gdzie, co, do czego, po co, a potem jazdaaaa. Najpierw łuk. Parę razy bezbłędnie wykonany i ognia na ulicę. Nie sądziłam, że na pierwszej godzinie weźmie mnie tak daleko! Przeżyłam i cała w skowronkach pobiegłam do szkoły 🙂 Nie mogę się doczekać kolejnej lekcji. Jeśli zapał mi nie przejdzie i nadal będzie mi tak dobrze szło, to nie powinno być problemów. Haa w końcu mam to we krwi 😀
Poza tym hmm cudownie! 🙂 W prawdzie brat dokazuje co raz bardziej i mamę zaczynają nerki boleć, ale staram się nie popadać w panikę. W razie gdyby miała iść do szpitala, jak ostatnio, to chyba Kubę zamówię do siebie na kilka nocy… Pomyśli się jeszcze. Teraz mam Jego, to dam radę. Rok temu, gdy mama wylądowała w szpitalu byłam sama. Cały dom na mojej głowie. Brat niby siedem lat starszy, ale musiałam się nim opiekować. Zmęczona po szkole biegłam na zakupy po coś dla mamy, później do niej do szpitala, coby ją ratować, bo pielęgniarki delikatnie mówiąc, mają gdzieś cierpiących pacjentów, zazwyczaj koło 21 wracałam w zimie autobusem do domu, na zakupy i aj waj z bratem. Do tego jeszcze korki i inne zajęcia. Wytrzymałam tydzień bez mamy. Kolejny miesiąc już z nią w domu. Dalej wszystko na mojej głowie, ale przynajmniej miałam już ją przy sobie. Spałam z nią, a właściwe czuwałam przy niej noc w noc, przez miesiąc. Po miesiącu odpadłam. 39 stopni gorączki i angina jak się patrzy. Odespałam ten miesiąc w tydzień i zapomniałam o tym. Ehh i po co ja to wspominam? Chyba tylko po to, żeby się nastraszyć. Dam radę, mam Kubę. Poza tym nie jedną rzecz już przeżyłam.
Dobra wiadomość to taka, że jeśli nie w lecie, to na jesień przyjedzie mój tato 🙂 I obym już mogła mu się pochwalić prawkiem. W końcu to ja będę wozić Jego, nie On mnie.
Uśmiech nie schodzi z mojej twarzy. Wierzę i wiem na pewno, że wszystko idzie ku co raz lepszemu 🙂